Porażki i sukcesy w mojej drodze na szczyt

Szczyt to pojęcie względne. Dla każdego oznacza coś innego, każdy z nas jest inny i każdy ma prawo do spełniania się zawodowo i prywatnie. I tu nie należy nikogo oceniać, gdyż każdy przemierza tę drogę po swojemu, a my przecież nie idziemy w jego butach.

Monika Grzelak, właścicielka Międzynarodowej Szkoły Makijażu Permanentnego SHE

Moja droga, mój sukces oraz moja praca − dla jednych nic nieznacząca, ktoś powie, że to… nic wielkiego. U innych wzmaga uczucie zazdrości, u jeszcze innych podziw, niektórzy wręcz wynoszą mnie na piedestały, co, nie ukrywam, jest bardzo miłe. Dla mnie to ogromne osiągnięcie, z którego jestem dumna. Jednak coraz częściej to też hejt, nienawiść, że coś mogło się udać. W tym idealnym świecie makijażu permanentnego i medycyny estetycznej, pokazywanym w mediach społecznościowych, te idealne postacie niczym gwiazdy pigmentujące, szkolące i przypisujące sobie różne tytuły, niepopełniające nigdy błędów czynią sukces jeszcze bardziej niedostępnym, nie do osiągnięcia, jakby się mogło wydawać, przez kogoś zwykłego. Kogoś, kto tak jak ja zaczynał od saloniku kosmetycznego o powierzchni 15 mkw, bez dodatkowych środków, spłacając przez rok kredyt za pierwszy aparat, następnie kolejne i kolejne kredyty, aby firma mogła się rozrosnąć do momentu, kiedy człowiek staje na nogi bez pożyczek i chce więcej. Wtedy zaczyna się ciężka droga na szczyt, wtedy zaczyna dostrzegać nas konkurencja. Nie dlatego że jesteśmy dobrzy, że nasze usługi są na najwyższym poziomie, ale dlatego że zaczynamy im zagrażać − tu zaczynają się pierwsze schody.

Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze magazynu „Rzęsy”.